niedziela, 11 listopada 2012


Alberto nie jest osobą, która często się wzrusza. Nie wzrusza się na widok małych dzieci, kotków, piesków i kwiatków. Głębokie uczucia budzi w nim za to widok polskiej flagi, powiewającej na wietrze. Podobnie jest, kiedy słyszy hymn narodowy, zwłaszcza podczas świąt narodowych i wszelkich sportowych wydarzeń. Coś go wtedy chwyta za serce i powoduje wyjątkowe wzruszenie, połączone z ogromną dumą narodową. 
A jednak w dniu Święta Niepodległości, który to dzień powinien być przecież radosny (w końcu odzyskaliśmy niepodległość po 123 latach niewoli; kilka pokoleń żyło ze świadomością, że ich kraj formalnie nie istnieje) Alberto nie czuje ani trochę dumy. Alberto trafia wyłącznie ciężki szlag, bo nie jest w stanie w żaden sposób pojąć, dlaczego głównym tematem Dnia Niepodległości nie jest niepodległość, a pytanie „kiedy wszyscy się pobiją?”. I już nawet nie „czy”, tylko „kiedy” i „jak bardzo”. Kolejny rok z rzędu Alberto dosłownie boi się wyjść z domu, bo pod jego oknami przechodzą właśnie uczestnicy „Marszu Niepodległości”, z których zdecydowana większość przyszła tutaj wyłącznie po to, żeby wywołać wielką zadymę. Poprzednie pokolenia walczyły o Wolną Polskę. Demokratyczny kraj, w którym będzie panowała wolność słowa i zgromadzeń. Ale na litość boską, żaden z naszych przodków nie walczył przez te wszystkie ciężkie lata o to, żeby teraz bandy zamaskowanych chuliganów podpalały ulice Warszawy, rozwalały ławki i rzucały w policję kamieniami i petardami! Nikt z nich nie bił się o to, żeby teraz głównymi ulicami miasta szły wrogo nastawione pochody, przypominające defilady hitlerowskich Niemiec. Alberto ma ochotę płakać ale jedynie z bezsilnej złości, bo najchętniej sam pobiegłby przed dom, żeby dać komuś mocno w łeb. Żeby ci wszyscy ludzie się opamiętali i przestali wykrzykiwać antypolskie, antysemickie i rasistowskie hasła, wymachując jednocześnie biało-czerwonymi flagami. Tak ważny dla naszego kraju symbol nie może być znakiem podziału. Nie może być wykorzystywany w ulicznych walkach. Alberto chciałby prawdziwego Dnia Niepodległości – święta, w którym flagom narodowym oddana jest należna cześć, w którym ludzie są dumni z pięknego kraju, w którym żyją i w którym hasła „Bóg, Honor i Ojczyzna” oznaczają „jesteśmy razem, wspólnie walczyliśmy i jeśli będzie trzeba, znowu będziemy wspólnie walczyć” a nie są okrzykami wykorzystywanymi podczas walki Polaków z Polakami.  

środa, 7 listopada 2012

Książkowe nowości czyli jak Alberto spędza dzisiejszy dzień


Zamiast przykładnie udać się na wykład z historii literatury polskiej, Alberto gdzieś w okolicach szóstej rano zamordował budzik w komórce i spokojnie wrócił do spania. Wstał spokojnie cztery godziny później, zjadł śniadanie i przede wszystkim – żeby doprowadzić się do stanu względnej używalności – wypił herbatę. A potem wybrał się na spacer do Empiku, po najnowszą część „Felixa, Neta i Niki” Rafała Kosika, której to serii Alberto jest wielkim wielbicielem od samego początku (osiem lat; kiedy to minęło?!). Przekraczając próg sklepu po raz kolejny pożałował, że nie założył klapek na oczy, żeby nie móc rozglądać się na boki (tyle nowych książek, chcę je wszyyystkieee!) i udać się prosto do półek z nowościami. Szlochając w duchu z żalu, złapał za książkę i czym prędzej pobiegł do kasy, zanim zdążył wykupić połowę zawartości działu z literaturą. Przed sklepem Alberto od razu wyciągnął swój nowy zakup i, zgodnie z odwiecznym rytuałem, zaciągnął się głęboko zapachem nowej książki. Obawiając się, że za chwilę zacznie mruczeć z radości niczym dobrze odżywiony kot, czmychnął do domu, żeby przygotować sobie zestaw obowiązkowy w postaci nowej herbaty, umościć się wygodnie w fotelu i zagłębić w innym świecie. 

wtorek, 6 listopada 2012

W starej szufladzie czyli prywatna rupieciarnia Alberto


W starej szufladzie, koniecznie mocno zakurzonej, powinno leżeć pióro, najlepiej ze złotą stalówką. Obok kategorycznie musi stać stary kałamarz, tuż przy ozdobnej kremowej papeterii. W rogu powinny znajdować się listy od ukochanego lub do ukochanej, obwiązane wstążką, najlepiej bordową. Czerwona może jeszcze jakoś ujdzie, ale już zwykły sznurek jest niedopuszczalny. W szufladzie muszą też być schowane albo stara i bardzo cenna książka z pożółkłymi kartkami, albo album z rodzinnymi – ale wyłącznie czarno-białymi – fotografiami, albo klaser z cenną kolekcją znaczków. Mile widziany jest także pamiętnik liczący sobie od siedemdziesięciu lat wzwyż. Można tutaj ewentualnie włożyć starannie wygładzone sreberko od wyjątkowo dobrej czekolady lub złoty pierścionek w malutkim puzderku wyściełanym czarnym, bądź też białym aksamitem. Sama stara szuflada powinna mieścić się w równie starym biurku, najlepiej dębowym, ustawionym w rogu jakiegoś reprezentacyjnego pomieszczenia. Pożądanym miejscem jest wiekowa biblioteka z regałami pełnymi książek. Może to być ewentualnie salon z indyjskim dywanem, zegarem stojącym obok fortepianu oraz obrazami znanych malarzy wartymi… Stop. Alberto nie ma ani indyjskiego dywanu ani fortepianu, zaś jego mieszkanie w Śródmieściu Warszawy w niczym nie przypomina wiktoriańskiej posiadłości. Ma jednak starą szufladę. No dobrze, może nie jakąś bardzo starą, bo jej wiek ledwo przekracza jedenaście lat, ale w końcu lepsze to niż nic. Alerto za to odnosi wrażenie, że chyba nie ma ona dna, ponieważ najczęściej coś do niej wkłada lub wpycha, a wyjmowanie – jeśli już w ogóle następuje – polega na wywróceniu jej do góry dnem i wysypaniu zawartości na podłogę. Po znalezieniu pożądanego przedmiotu następuje ponowne upchnięcie wszystkiego w biurku, bez zwracania uwagi na pozostałe rzeczy i dopchnięcie szuflady kolanem, jeśli nie chce się domknąć. Najczęściej bywa właśnie tak. Jednak tym razem będzie inaczej. Powoli, niemalże z namaszczeniem, Alberto wyciąga kolejne rzeczy. Pióra ze złotą stalówką nie ma, ale tylko dlatego, że Alberto pisze piórem na co dzień i praktycznie się z nim nie rozstaje. Znajduje za to stertę długopisów, w większości wypisanych, chociaż są i takie, w których brakuje tylko wkładu lub jakiejś sprężynki. Zamiast kałamarza między stosem rzeczy poniewierają się puste wkłady po atramencie. Eleganckiej papeterii Alberto również nie posiada, bo nigdy nie miał osoby, do której mógłby pisać listy (czego bardzo żałuje). Jest za to mnóstwo różnego rodzaju kolorowych karteczek z numerami telefonów, adresami stron internetowych i śmiesznymi dialogami z filmów, których znalezienie wprawia Alberto w bardzo dobry humor. Starych książek też nie ma (stoją elegancko na półkach), pamiętnika tym bardziej (został starannie ukryty w pudle na szafie z obawy przed młodszą siostrą). Alberto uśmiecha się jednak, widząc szkolny piórnik z pierwszej klasy, niegdyś obiekt wyjątkowej zazdrości koleżanek z klasy. Za to na widok klucza do skrzynki pocztowej, który zgubił pół roku wcześniej, łapie się za głowę. Szukał go wszędzie i oczywiście nie znalazł. No ale… Alberto przebiera nadal w tym ogromnym stosie. O! Czekolada! Ah, nie, niestety to tylko puste opakowanie. Nożyczek i taśmy klejącej nie ma, bo jako artykuły pierwszej potrzeby zawsze leżą na środku biurka. Alberto wyciąga trzy połamane kątomierze i co najmniej dziesięć równie połamanych linijek. Ołówki. Zielona skarpetka. Zaraz, zaraz! Skarpetka?! A co tu robi skarpetka?! Zresztą nieważne. Popatrzmy dalej. Cyrkiel. Ekierka. Nieskończona ilość paczek chusteczek. Spinacze. Zszywacz. Zszywki, ale oczywiście za małe, żeby mogły pasować do zszywacza. Ściąga z matematyki. Jakieś pogniecione ulotki. Kalkulator. Drugi cyrkiel. Gumki do włosów. Papierki po cukierkach. Płyta z programem do wypełniania PITów. Pognieciona kartkówka z biologii… Chyba już wystarczy. Dumając nad stosem rupieci Alberto może z czystym sumieniem uznać, że jego szuflada spełnia normy, przynajmniej te współcześnie przyjęte, jeśli chodzi o przedmioty, które powinny się w niej znajdować. I tylko listów od ukochanego jak nie było tak nadal nie ma.

niedziela, 4 listopada 2012

Błogosławieństwo starych czasów czyli Mickiewicz hipsterem


O twórczości Adama Mickiewicza zostało powiedziane i napisane chyba wszystko. A jeśli nie wszystko, to bez wątpienia bardzo dużo. Nie zmienia to jednak faktu, że mówi się i pisze o tym jednym z najbardziej znanych polskich wieszczów nadal i wcale nie w mniejszej ilości niż kiedyś. Nie da się zaprzeczyć, że Mickiewicz jest po prostu znany, bez względu na to, czy jest lubiany czy nie. Ja akurat należę do tej grupy, która pana Adama wielbi, czytuje i cytuje, bo przecież jak tu nie zachwycać się tym doborem słów, tymi rymami, zdaniami, które są idealne, utworami w ogóle i w szczególe? Jednak pojawia się pytanie, czy genialność utworów Mickiewicza jest tylko i wyłącznie jego zasługą? I nie chodzi tu o podważanie autorstwa, absolutnie nie. Chodzi to, czy gdyby Mickiewiczowi przyszło żyć w dzisiejszych czasach, jego utwory byłyby równie wyjątkowe? Czy za dużą część sukcesów naszego wieszcza nie odpowiada również epoka, w której tworzył? I w ogóle kim byłby sam Mickiewicz?
Istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że student Mickiewicz byłby całkiem niezłym i zdegustowanym hipsterem, lansującym się na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego (Wilno to jednak nie Paryż ani Oksford; nie jest w czołówce modnych miast, w których można studiować) w czerwonych oryginalnych conversach, brązowych spodniach i fioletowej koszuli z metką Tommy’ego Hilfigera i najmodniejszymi okularami na głowie. Utwory swoje pisałby na ipadzie, nie bawiąc się piórem i atramentem, siedząc w jednej z obleganych aktualnie kawiarni. I nie ma w tym absolutnie nic złego, chociaż kwestia tego, czy obecność wirtualnego świata nie spowodowałaby spadku wrażliwości i aktywności literackiej u wieszcza pozostaje otwarta. W końcu po co jechać na wycieczkę, skoro można wpisać w grafice google hasło „Krym”, obejrzeć zdjęcia a potem na ich podstawie napisać sonet? Trudno jednak narzekać, to wszystko to w końcu pewien znak naszych czasów. Zresztą Mickiewicz wcale nie musiałby być hipsterem. Równie dobrze mógłby być typowym, niczym nie wyróżniającym się przedstawicielem społeczeństwa, tylko z nieco większym zacięciem poetyckim. Prawdopodobnie wtedy Mickiewicz, korzystając z dobrodziejstw nauki, nocami, pod nickiem „Pierwszy Wieszcz” aktywnie działałby na jakimś forum literackim czy poetyckim, śląc wprost w nieograniczone odmęty internetu swoje utwory, przy okazji tocząc nieustanną i z góry skazaną na porażkę walkę z wydawcami, nie wyrażającymi żadnego zainteresowania jego poezją. Wydawcy doszliby do wniosku, że jakiś nieznany Mickiewicz nie sprzeda się dobrze jako produkt medialny, gdyż naród spragniony jest albo przepełnionej bólem istnienia poezji białowierszowej, która charakteryzuje się głównie tym, że zupełnie nie wiadomo, o co w niej chodzi, albo niezwykle twórczych i, rzecz jasna, równie głębokich rymowanych tekstów w stylu „popłyniemy daleko naszych marzeń rzeką”, które łatwo zapamiętać. Mickiewicz niestety nie wpisuje się w pragnienia ludu. Część narodu nieco młodszego pragnie jeszcze wampirów i wilkołaków, a w starciu z nimi marny Upiór niestety nie ma najmniejszych szans. W tej sytuacji Mickiewiczowi – jeśli wyczerpany po walkach miałaby nadal siłę cokolwiek tworzyć – pozostawałoby niewiele wyjść. Mógłby oczywiście próbować stać się znanym tekściarzem i przemianować się na DJ Adasia, jednak próby uproszczenia tekstów mogłyby skończyć się tak:

„Mickiewicz vs młodzieżowy slang”

Występują:
Mickiewicz Adam
Wena Twórcza

Adam
<siedzi i tworzy>
Widzisz świat w proszku… jakby tu tego to zamienić…
<nagle doznaje radosnego olśnienia>
Widzisz świat instant!

Kurtyna opada ze zgrozą

Mickiewicz mógłby jeszcze spróbować odbyć podróż romantyczną, w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji, oczywiście jeśli nie okazałoby się w połowie lotu, że kolejne biuro podróży, który lot ten i pobyt opłaciło, nie ogłosiło właśnie upadłości. Niestety, niewiele jest już pięknych miejsc, które nie są eksploatowane przez tłumy turystów i wyższa idea wycieczki mogłaby umrzeć śmiercią naturalną:

„Mickiewicz na Judahu skale”

Występują:
Mickiewicz Adam
Skała Judahu

Adam
<stoi na Judahu skale, nieobecnym wzrokiem wpatruje się w horyzont, poniżej fale rozbijają się o skały, słychać łopot skrzydeł mew>

Nastrój przerywa gruby turysta w hawajskiej koszuli i czapce z daszkiem
- Panie, co pan?! Niech się pan posunie, my tu z Grójca przyjechaliśmy, też se chcemy postać!

Kurtyna zapada. Spod niej słychać donośne „Jadźka! Dawaj no ten aparat!”

Całkiem możliwe, że poeta Mickiewicz, przytłoczony prozą życia, straciłby wenę jakąkolwiek. Wszakże poetyzowanie podczas pilnowania schabowego, skwierczącego na patelni, jest nieco odarte z romantyzmu. Możliwe również, że Adam mieszkałby z dziewczyną, co w tamtych czasach oczywiście byłoby nie do pomyślenia. A jak tu tworzyć, kiedy ukochana, zamiast zająć się kobiecymi sprawami, ośmiela się przerywać nastrój twórczy:

„O jasności”

Występują:
Mickiewicz Adam
dziewczyna Mickiewicza Adama, Celina

Adam
<złowróżbnie>
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie…

Celina
<z drugiego końca pokoju>
Adam na Boga, zrób z tym coś! Znowu wysiadły nam korki!

Kurtyna zapada niewidocznie, więc nikt o tym nie wie

Czasy czasami, epoka epoką, ale mimo wszystko nie ulega wątpliwości, że Mickiewicz był genialny. I bardzo dobrze, że tworzył sto dziewięćdziesiąt lat temu a nie obecnie, bowiem zniechęcony odmowami wydawców swoją karierę literacką mógł zakończyć jeszcze zanim ją rozpoczął, ostatecznie machnąć na to ręką i z „Hej, użyjmy żywota! Wszak żyjem tylko raz” na ustach, udać się z grupą znajomych na piwo do klubu.

Mitologicznie - "Spętani przez bogów" Josephine Angelini


„Spętanych przez Bogów” Alberto przyniósł razem ze stosem innych, typowo młodzieżowych książek z biblioteki. A właściwie nie przyniósł a raczej przytachał, uginając się pod tym ciężarem koszmarnie i po raz kolejny żałując, że nie zabrał ze sobą taczki.
Okładka książki nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród wielu innych o podobnej tematyce, jednak potencjalny czytelnik nie powinien się tym zrażać, bo naprawdę warto zapoznać się z historią Josephine Angelini. Z tyłu możemy przeczytać, że autorka „splata grecką mitologię i licealną codzienność w niezwykłą, emocjonalną opowieść i tragicznej miłości na miarę Romea i Julii. Miłości, która jak miłość Heleny Trojańskiej może przynieść nieszczęście i krwawą wojnę”. Alberto zazwyczaj sceptycznie podchodzi do opisów na okładce, gdyż bardzo często mijają się one z rzeczywistą treścią książki. Podobnie rzecz ma się z rekomendacjami innych autorów. Wiadomo – środowisko literackie musi się wspierać, więc polecanie opowiadań po znajomości jest na porządku dziennym. Tym razem jednak Alberto zaintrygowała wzmianka o greckiej mitologii. Wśród fantastycznych motywów, wybieranych przez autorów, nadal królują wampiry i wilkołaki, dlatego też każda książka, w której takie stwory nie występują, godna jest choćby minimalnej uwagi.
Główną bohaterką jest Helena Hamilton, amerykańska licealistka, mieszkająca na wyspie Nantucket. Wychowuje ją tylko ojciec, któremu dziewczyna pomaga prowadzić sklep. Wolny czas spędza z najlepszą przyjaciółką Claire, która z powodu swojego charakterystycznego śmiechu nazywana jest przez wszystkich Chichotą. Życie na wyspie toczy się bardzo spokojnie i wygląda na to, że kolejny rok szkolny będzie równie zwyczajny, jak wszystkie poprzednie. Helena również jest na wskroś zwyczajna – oczywiście jeśli nie liczyć tego, że jest nadzwyczaj szybka i silna. Kiedy w szkole pojawia się Lukas, nowy uczeń i najpiękniejszy chłopak, jakiego dziewczyna kiedykolwiek widziała w swoim życiu, budzą się w niej uczucia, o których istnieniu nie miała pojęcia. Nie, nie miękną jej kolana z powodu onieśmielenia, jak można by się było spodziewać. Helenę ogarnia głęboka nienawiść i obezwładniająca chęć zabicia nowego ucznia. Od tej pory każdej nocy dziewczyna we śnie wędruje po jałowej krainie. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie budziła się rano z piaskiem i krwią, zaschniętą na jej nogach i pościeli. Okazuje się, że losy jej, Lucasa i całej jego rodziny są ze sobą nierozerwalnie połączone.
Powieść trzyma w napięciu od początku do ostatnich stron. Akcja jest wartka, praktycznie nie ma momentów, w których czytelnik by się nudził. Elementy greckiej mitologii przeplatają się z rzeczywistością w bardzo ciekawy sposób a sam pomysł na historię, chociaż prosty, jest przy tym bardzo dobrze zrealizowany. Oczywiście, bystre oko dostrzeże kilka podobieństw do „Zmierzchu”, jednak „Spętani przez Bogów” bardzo dobrze bronią się niespodziewanymi zwrotami akcji i ciekawie wykreowanymi bohaterami.
Alberto poleca wszystkim wielbicielom młodzieżowych książek z lekką domieszką fantastyki. Nie będziecie zawiedzeni! Tymczasem Alberto oddala się w kierunku stosu książek, niebezpiecznie chwiejącego się na biurku, a drugą część „Spętanych przez Bogów” wpisuje na Listę Książek do Przeczytania.

Kryminalnie - Agatha Raisin i Wredny Weterynarz





Książkę o Agacie Raisin mama Alberto pożyczyła od koleżanki. Ponieważ w domu Alberto wychodzi się z założenia, że przeczytać można wszystko (a przynajmniej spróbować, w przypadku bardzo słabych utworów), nie zważając na stos innych książek nadal czekających na przeczytanie, Alberto sięgnął po „Agathę Raisin i wrednego weterynarza”.
Autorka książki, Marion Chesney, używająca pseudonimu M.C. Beaton, jest autorką powieści detektywistycznych, w tym dwudziestu dwóch o Agacie Raisin. Pierwszy tom cyklu został wydany w Anglii w 1992 roku, jednak przetłumaczyć go na język polski zdecydowano się dopiero teraz.  Na okładce możemy przeczytać, że według St. Petersburg Time  „Agatha Raisin to nowa panna Marple, z domieszką cech ciotki Mame, Lucille Ball i pitbulla. Jest cudowna.”. Nie do końca jest to zgodne z tym, kim rzeczywiście jest i co robi Agatha. Główna bohaterka to panna w średnim wieku, która w pierwszym tomie – „Agatha Raisin i ciasto śmierci” – zamknęła przynoszącą duże zyski firmę w Londynie i postanowiła przejść na wcześniejszą emeryturę. Przeprowadza się do Carsely, spokojnej wioski, w której nie dzieje się nic dziwnego a jedynym ciekawym wydarzeniem są zebrania Stowarzyszenia Pań. Akcja „Wrednego weterynarza” rozpoczyna się w momencie kiedy bohaterka wraca z wakacji na Bahamah. Jest rozżalona, gdyż cały jej misterny plan spotkania „przypadkiem” emerytowanego pułkownika i sąsiada, Jamesa Laceya, umarł śmiercią naturalną, kiedy okazało się, że James zmienił plany i wyleciał do Kairu. Tymczasem do Carsely przyjeżdża nowy weterynarz; Agatha postanawia go poznać i udaje się do kliniki ze swoim kotem Hodge’em pod pretekstem konsultacji. Paul Bladen jest przystojny i bardzo szybko zdobywa sympatię mieszkanek wioski. Dlatego kiedy weterynarz zostaje znaleziony martwy a policja jest zdania, że to tylko nieszczęśliwy wypadek, Agatha postanawia kontynuować śledztwo na własną rękę. Bohaterka nie jest pięknością, jest jednak bardzo inteligentna a przy tym szalenie uparta. Wraz z nieoczekiwaną pomocą Jamesa Lacey’a spróbuje odkryć, czy Paulowi Bladenowi ktoś jednak nie pomógł umrzeć.
Książka nie jest najgorsza; czyta się ją bardzo szybko. Jest jednak dość chaotycznie napisana i zdarzają się w niej różne niekonsekwencje w prowadzeniu akcji. Irytować mogą błędy w składni oraz pomyłki stylistyczne, jednak jest to wina korekty polskiego wydania. Pomysł fabuły momentami nudzi, akcję opowiadania bez wątpienia można by poprowadzić w o wiele ciekawszy sposób. Zakończenie niestety rozczarowuje i sprawia, że raczej niewiele osób wróci do książki po raz drugi, zaś miłośnicy dobrego kryminału mogą się poczuć mocno zawiedzeni. Polecam wszystkim, którzy szukają niewymagającej i prostej lektury. Tym zaś, którzy zamierzają stawiać pierwsze kroki w świecie kryminałów sugeruję, żeby raczej sięgnęli po którąś z książek mistrzyni gatunku, Agaty Christie.