wtorek, 22 stycznia 2013

z życia studenta filologii polskiej


Na początku Alberto pozwoli sobie zacytować jego panią profesor od historii literatury polskiej, staropolski i renesansu – „filolog polski nade wszystko powinien miłować słowo”. Idąc tym śladem powinien również miłować wszelką lekturę. Jednak semestralny sprawdzian wyraźnie pokazał, że pierwszoroczni początkujący filolodzy są dość oszczędni w tymże miłowaniu. Alberto, do obłędu zakochany w romantyzmie, zgadza się, że okres staropolski być może nie jest najbardziej fascynującą epoką, jednak nie jest też okresem szalenie trudnym do wyuczenia. Owszem, hasają tam w większości autorzy bez nazwisk, za to z dziwnymi miejscowościami za imieniem, jakieś Janki z Czarnkowa i Mikołaje z Mierzeńca, jednak nie ma ich znowu tak dużo. Pozostali autorzy jak Janek Kochanowski i Mikołaj Rej są jednak powszechnie znani i kojarzeni, więc wydawałoby się, że z nimi już nie powinno być żadnych większych kłopotów. A jednak. W niewyjaśnionych okolicznościach niejaki Wincenty Kadłubek, znany kronikarz, został przeniesiony w czasie o trzysta lat, najwyraźniej specjalnie po to, żeby mógł – znowu cytując panią profesor – zostać pisarzem science-fiction lub ewentualnie prorokiem. Marię Dąbrowską, której również przypisano dzieło, którego nie napisała, spotkał podobny los, jednak ona podróżowała nieco dłużej, bo aż do 700 roku przed naszą erą, prosto w czasy Hezjoda – autora eposu dydaktycznego „Prace i dni”. Spośród staropolskich twórców najgorzej chyba został potraktowany Władysław z Gielniowa, który – w zależności od sprawdzianu i inwencji twórczej piszącego – miotał się między najróżniejszymi miejscami zamieszkania. Część studentów uważała, że pochodził on z Goleniowa, część inna uznała, że były to Gliwice. Znalazło się też parę osób, które z miast na „g” kojarzą wyłącznie „Gdańsk”, co jednak nie przeszkodziło im w napisaniu tego na sprawdzianie. I na koniec jeszcze „Legenda o św. Aleksym”, która może i arcydziełem nie jest, ale znajduje się w obowiązkowym kanonie lektur polonistycznych. Żona św. Aleksego miała na imię Famijana. Nie Familiada. Z tego wszystkiego wynika wyłącznie jeden wniosek – twórcom znanego programu rozrywkowego, od kilkunastu lat goszczącego w drugim programie Telewizji Polskiej, legenda o św. Aleksym musiała być niezwykle bliska.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz